Chociaż zawodowo zajmuje się Pani muzyką, zdecydowała się Pani odbyć kurs zielarza-fitoterapeuty. Czy już wtedy Pani wiedziała, że znajomość działania substancji pochodzenia roślinnego i doświadczenie w sporządzaniu okładów z żywokostu przydadzą się w pisaniu kolejnej książki?
Nieregularny tryb życia muzyka sprawił, że zachorowałam poważnie na chorobę autoimmunologiczną. Zamiast sięgać od razu po farmaceutyki, które i tak w tym przypadku nie wyleczyłyby mnie całkowicie, postanowiłam spróbować terapii ziołowej i diety. I o dziwo, poczułam się lepiej. Nigdy wcześniej nie zajmowałam się ziołami, ale, zachęcona przez znajomą fitofarmaceutkę, zapisałam się na kurs zielarski w Krośnie. Tam po raz pierwszy spotkałam się z pojęciem „panny apteczkowej” i dowiedziałam się, że w XIX w. owe kobiety pełniły funkcję lekarza pierwszego kontaktu. Nie dość, że lekarzy na całą Galicję było niewielu i nie mieli czasu, aby skontaktować się z każdym potrzebującym, to jeszcze nie mogli dotrzeć do nich fizycznie, np. przez roztopy utrudniające przemieszczanie się po górzystych okolicach Przemyśla. Panny apteczkowe musiały więc dysponować ogromną wiedzą o działaniu leczniczym ziół i porach ich zbioru. Ich działalność była skodyfikowana: apteczki zamykano na klucz, nie mogły znajdować się w nich substancje niedozwolone, a specyfików leczniczych nie sprzedawało się, lecz dawało za darmo. Co dwa lata odbywała się kontrola apteczki dworskiej przez lekarza i farmaceutę. Tak pokrótce wyglądały „narodziny” mojej bohaterki – panny apteczkowej. Brakowało mi tylko autentycznej, osadzonej w konkretnej lokacji, historii. Tę historię, o galicyjskim rodzie Tyszkowskich, opowiedział mi później sąsiad, Janusz Dedio.
W sadze rodu Tyszkowskich („Aptekarka”, „Czarci ogród”, „Jemioła, klątwa i cholera”, „Wilcze znamię”) przywołuje Pani stare receptury zielarskie. Z jakich źródeł pochodzą?
Przy komponowaniu receptur współpracowało sporo ludzi: przede wszystkim moja przyjaciółka zielarka Marta Krynicka-Orzech, farmaceuta ze specjalizacją zielarską, koleżanki z kursu – każda z tych osób dokładała swoją wiedzę na zasadzie zbiorowej konsultacji. Dochodziły do tego notatki z wykładów prowadzonych podczas kursu, stary receptariusz Herbapolu z lat 60. oraz źródła literaturowe, m.in. książka Józefa Rostafińskiego z końca XIX w. czy „Rośliny w wierzeniach i zwyczajach ludowych. Słownik Adama Fischera” pod redakcją Moniki Kujawskiej i Łukasza Łuczaja. Nie przypominam sobie, żebym dokładnie odtwarzała przepisy – najczęściej tylko kilka składników zaczerpniętych jest z receptury źródłowej, a pozostałe zioła dodajemy tak, aby wzmocnić działanie danej mieszanki. Idziemy jeszcze dalej i tak, na potrzeby III części sagi „Jemioła, klątwa i cholera”, cały nasz kolektyw farmaceutyczno–zielarski stworzył samodzielnie recepturę herbaty przeciwcholerycznej, korzystając z dostępnych, współczesnych badań na temat wpływu poszczególnych substancji roślinnych na bakterię przecinkowca cholery.
Czy dla bezpieczeństwa czytelników eksperymentujących z samodzielnym wykonywaniem leków roślinnych trzeba było przemilczeć składniki dawniej używane, a dziś uważane za toksyczne?
Chciałam być wierna prawdzie historycznej. W książce Iwony Arabas „Apteczki domowe w polskich dworach szlacheckich” podane jest zestawienie preparatów leczniczych, które znajdowały się w dworskiej apteczce według ustawy z 1844 r. wydanej przez Radę Administracyjną b. Królestwa Polskiego. Opierałam się głównie na tym wykazie, uznawanym wówczas przez lekarzy i farmaceutów – założyłam, że podobny spis obowiązywał w Galicji. Zgodnie z ówczesną wiedzą medyczną dopuszczano podawanie ziół niebezpiecznych dla życia pacjenta, np. tojadu, czy też szkodliwych substancji, takich jak ołów czy stosowany wewnętrznie boraks. W Galicji niezwykle popularne było także użycie wywaru z maku jako środka przeciwbólowego, ponieważ jeszcze nie znano jego silnie uzależniających właściwości.
W 2022 r. odebrała Pani Stypendium Twórcze Miasta Przemyśla. Czy to wsparcie finansowe pobudziło wenę? Czy wręcz przeciwnie, być może konieczność sprawozdania z realizacji zadania okazała się obciążeniem w pracy twórczej?
Stypendium niewątpliwie przydało się podczas płacenia rachunków za benzynę, gdy potrzebowałam dojechać do miejsc akcji opisywanych w książce, więc jestem bardzo wdzięczna Radzie Miasta Przemyśla za finansowe wsparcie. A co do presji, którą autor odczuwa podwójnie, kiedy dopada go brak natchnienia – myślę, że każdy pisarz musi się do niej przyzwyczaić, bez względu na to, czy otrzymał stypendium, czy też nie. Ponagla nie tylko termin rozliczenia grantu, ale też wydawnictwo, o kolejne tomy pytają czytelnicy… A przecież nie chodzi o to, żeby napisać szybko, tylko żeby napisać dobrze. Poprowadzenie akcji w sposób ciekawy i angażujący czytelnika przy czwartym czy piątym tomie jest prawdziwym wyzwaniem, chociaż mam to szczęście, że historia Tyszkowskich pisze się sama. Gdy jest to możliwe, trzymam się faktów, ale zostawiam też miejsce dla wyobraźni. Fantazja osnuta jest na solidnej historycznej podstawie, i tak jest np. z moją główną bohaterką: nie mam pewności, czy Katja rzeczywiście była panną apteczkową, ale przydzieliłam jej taką funkcję, bo jej syn ukończył studia farmaceutyczne.
Wracając jeszcze do presji: może być wieloraka, nie tylko związana z pisaniem. W Przemyślu – mieście graniczącym z Ukrainą – mocno przeżyliśmy wybuch wojny 24 lutego 2022 r. Mieszkańców (w tym mnie) ogarnęła panika, bo już tego samego dnia przed południem nie można było kupić benzyny ani wypłacić pieniędzy z bankomatów. Strach był potworny. Widzieliśmy ludzi głodnych, odwodnionych, czasem poranionych kulami, którzy przechodzili granicę w samych klapkach, ciągnąc za sobą dzieci i zwierzęta domowe – to wszystko działo się dosłownie na moich oczach. Wydawnictwo Media Rodzina doszło wtedy do wniosku, że to nie jest dobry czas, żeby wypuszczać na rynek „Aptekarkę”, i przesunęło termin premiery na czerwiec 2022 r.
Jako nie tylko farmaceutka, ale i korektorka, jestem pod wrażeniem wielu stron odręcznych notatek, dotyczących m.in. korekty poskładowej książki, które pokazała Pani w mediach społecznościowych, a które świadczą o dużym zaangażowaniu w proces wydawniczy…
Po przeczytaniu szkicu, wypisuję wykryte nieścisłości i uwagi do tekstu. Konsultuję wybrane fragmenty wymagające wiedzy fachowej z zaufanymi czytelnikami, np. zielarzami, znawcami regionu, specjalistami od broni czy literatury XIX-wiecznej, aby nie minąć się z prawdą historyczną. Natomiast korekta redakcyjna i tak później wychwytuje wiele innych rzeczy, na które w ferworze pisania nie zwróciłam uwagi. Uważam, że im więcej ludzi przeczyta tekst przed jego wydaniem, tym lepiej, bo nawet kiedy otrzymuję już pdf gotowy do druku, można wciąż znaleźć jeszcze jakieś drobnostki (np. literówki), a te potem uprzykrzają Czytelnikowi lekturę.
O autorce
Magda Skubisz zawodowo zajmuje się emisją głosu i jest konsultantką ds. wokalnych. Ukończyła także kurs zielarski w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej im. S. Pigonia w Krośnie. Napisała serię książek, opowiadających o przemyskich licealistach: „LO Story”, „Dżus & Dżin”, „Chałturnik” i „Master”. Na potrzeby swojej kilkutomowej powieści historyczno-obyczajowej („Aptekarka”, „Czarci ogród”, „Jemioła, klątwa i cholera”, „Wilcze znamię”) z pomocą sąsiada, Janusza Dedio, odkopała zapomniane dzieje rodziny Tyszkowskich (autor zdjęcia: Kacper Leśniewski).
Niedawno powstał film dokumentalny opowiadający historię powstania „Sagi rodu Tyszkowskich”: „Klątwa, więzienie, stara krypta i zapomniana rodzina” (Produkcja: Strefa Czytacza i wydawnictwo Media Rodzina).
Więcej informacji o „Sadze rodu Tyszkowskich”, w tym zdjęcia z miejsc akcji opisanych w powieści, można znaleźć na stronie wydawnictwa Media Rodzina.
- Z moją recenzją I tomu sagi pt. „Aptekarka” można zapoznać się na blogu „Szkiełko i pióro”.
