Recenzja: Lekarka z tundry

Recenzje
Okładka książki „Lekarka z tundry”

Trudno, abym nie sięgnęła po książkę, na której okładce tańczy zorza, pasie się renifer, a młoda lekarka wpatruje się w horyzont. Ta sceneria wydaje się dziwnie znajoma: gdyby tak zamienić lekarkę na farmaceutkę… zorzę na majowe słońce, powoli roztapiające tundrowe śniegi… a renifera… renifer pasuje idealnie… to przecież widzę siebie na zdjęciu z norweskiego odcinka pieszej wędrówki sprzed ponad dziesięciu lat. Książka „Lekarka z tundry. Opowieść z krańców Norwegii” Ingvild Holtan-Hartwig (Grupa Wydawnicza Relacja, 2025), powieść autobiograficzna z elementami reportażu, pozwoliła mi przenieść się raz jeszcze na północ Norwegii.

Chwila

„– Dolastallat (…). Musisz się tego nauczyć. – Co to znaczy? – Siedzieć przy ognisku i cieszyć się chwilą.” Nie tylko tego musiała nauczyć się Ingvild, mieszkając wśród Saamów. Aby zasłużyć na miano „lekarki z tundry” zamiast „lekarki z Oslo”, nie wystarczyło zaskarbić sobie życzliwości i zaufania lokalnej społeczności, ale jeszcze trzeba było się przekonać do butów z foczej skóry i wełnianego swetra. Surowy klimat, bezkresne krajobrazy, noce polarne sprzyjały zarówno niewymuszonym spotkaniom towarzyskim, jak i podróży w głąb siebie. „W Karasjoku nigdy nie jestem sama. Tutaj czuję się dostrzegana” – autorka dzieli się z czytelnikami swoimi przemyśleniami na temat tego, co zyskała, żyjąc z dala od pośpiechu wielkiego miasta, i jaką zapłaciła za to cenę.

Tajemnica

We wsi, w której wszyscy się znają, jest jeden sekret: tajemnica lekarska. W swojej książce Ingvild uchyla jednak jej rąbka (oczywiście po uzyskaniu zgody od pacjentów) i opowiada o konsultacjach lekarskich, które miały wpływ na jej rozwój zawodowy lub też niosły ze sobą dylematy etyczne. Razem z bohaterką przyjmujemy w gabinecie pacjentów, pomagamy im rozebrać się z trzech par rajstop i futra przed badaniem i staramy się zrozumieć, co oznacza ich milczenie… lub dlaczego nie mogą przestać mówić. Ingvild – Norweżka – doświadcza szoku kulturowego we własnym kraju. Co by to dopiero było, gdyby do Karasjoku przyjechał lekarz z zagranicy?

Przemijanie

Życie, które umożliwia skupienie się na sprawach naprawdę istotnych, pozwala także na odpowiednie podejście do przemijania. Autorka na podstawie osobistych przeżyć i praktyki lekarskiej sugeruje, że pozwolenie bliskiemu na spokojne odejście, odpuszczenie zbędnych interwencji medycznych (tzw. overtreatment), to w wielu przypadkach najcenniejsza rzecz, jaką można mu podarować w jego ostatniej drodze. Przemijanie pór roku na kolejnych stronach książki potęguje wrażenie nieuchronnego upływania czasu, który należy najlepiej jak można wykorzystać… by odpocząć, rozmawiać, pobyć na łonie przyrody, cieszyć się chwilą. „Czasu, który można zwyczajnie zmarnować.”

Poczytaj o Norwegii:

W zgodzie

„Praca lekarza rodzinnego często bywa intensywna i stresująca. Ale można to wszystko znieść, gdy w czasie wolnym świat wystarczająco zwalnia.” Ingvild w książce pozostawia przesłanie, by żyć w zgodzie ze sobą i spróbować podążać za swoimi pragnieniami, nawet jeśli oznacza to podróż na kraniec mapy. Ale wbrew stwierdzeniu na okładce na Karasjoku mapa się nie kończy. Można pojechać (lub pójść) jeszcze dalej… 😉

Anna Jesionek

Na blogu Szkiełko i pióro poszukuję punktów stycznych między książkami, naukami medycznymi (lub przyrodniczymi) a życiem codziennym. Piszę recenzje książek medycznych i popularnonaukowych, patrząc okiem farmaceuty, przez pryzmat mola książkowego, rozsmakowanego w reportażach, i mamy dwojga przedszkolaków, czytającej bajki na dobranoc. Poruszam także tematy związane z pisaniem tekstów i komunikacją naukową. Jeśli chcesz być na bieżąco lub skomentować wpis blogowy, zapraszam na Facebooka.

Treści, które znajdują się na blogu, mają ogólny charakter informacyjny oraz edukacyjny. Nie stanowią specjalistycznych porad medycznych ani farmaceutycznych. Prezentowane dane są aktualne na dzień publikacji wpisów.

Kopiowanie moich tekstów oraz wykorzystywanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione (Dz. U. Nr 24, poz. 83).